środa, 14 lutego 2007

Prodigy Present: The Dirtchamber Sessions Volume One







Rok: 1999
Wydawnictwo: XL Recordings
Gatunek: mieszanka gatunkowa wysokiej jakości

Zbyt krótkie 100% muzyki

Liceum i próbna z polskiego - oto wspomnienia z tą płytą powiązane. Po 2 odsłuchach brat się pożyczył i tak powstała niewielka acz upierdliwa rysa, która skutecznie mi uniemożliwiała słuchanie kilkunastu sekund z przełomu ścieżek 1 i 2. Ale i tak katowałem to płycisko długo i namiętnie w cd-plajeru. A pewnego dnia się zdenerwowałem i rysę usunąłem, nie ma śladu nawet - nie wiem jak to zrobiłem, nalałem jakieś chemikalia na patyczek uszny i rysa się wygładziła po kilku ruchach. To tyle wspomnień, choć jest ich jeszcze więcej.
Album to nietypowy, bo to nie produkcje The Prodigy (notabene pojawia się urywek "Poison") lecz mieszanka didżejska prawie pięćdziesięciu utworów różnych artystów. Za dejotowanie zabrał się Liam Howlett - człowiek-mózg zespołu, który zatęsknił za własnymi w muzycznym świecie początkami (Cut 2 Kill), wyłożył na warsztat znane i często wykorzystywane przez wielu zapalonych w winylowym crossfade'ingu płyty, posklejał je według własnego widzimisię i zasygnował całość nazwą własnej formacji. Na płycie mieszają się więc różne style - od hiphopu poprzez funk po rock'a - a do tego dochodzi spora dawka skreczów, dzięki takiemu zabiegowi całości słucha się na prawdę świetnie i po wielu (wielu, wielu) przesłuchaniach jeszcze mi się nie znudziła i cały czas dobrze brzmi. Do kompilacji wybrana została bowiem wysokich lotów muzyka, której echa nie prędko przeminą. O wykorzystanych utworach już nie będę wspominał, wymienię tylko artystów kilku. I tak oto mamy Sex Pistols, The Chemical Brothers, Beastie Boys, LL Cool J, Babe Ruth, Coldcut i innych, nawet Barry White pojawia się na momencik. Towarzystwo muzyczne jest więc doborowe i jak najbardziej rozrywkowe. Całość trwa ponad 50 minut więc trochę mało. Jak się już człowiek rozkręci podczas słuchania, to przydałaby się nagle część druga. Dwupłytowa forma byłaby tutaj jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej więc szkoda, że skończyło się na volume one.
Pozostaje jedna kwestia - czy zaliczać tę pozycję do dyskografii The Prodigy czy raczej zakwalifikować ją w poczet składanek stworzonych "przy udziale". Jak dla mnie Liam = The Prodigy, więc tak odbierałem ten album ze sklepu i nadal będę go wiązał z dorobkiem tej brytyjskiej grupy. Polecam gorąco na każdą pogodę.

0 razy skomentowane: