The Prodigy "Invaders Must Die"
Rok: 2009
Wydawnictwo: Take Me To The Hospital
Gatunek: elektronika
The Ant is back!
Było to niemałym zaskoczeniem znaleźć wzmiankę o tym albumie na pewnej niepolskiej stronie, zupełnie nie spodziewając się tak szybkiego (?) powrotu brytyjskiego trio znanego bardzo dobrze na całym świecie. No ale tak to jest, jak się nie śledzi na bieżąco sceny muzycznej i terminów premier jak za dawnych czasów.
Oficjalnym dystrybutorem w naszej ojczyźnie wydaje się być Empik, a przynajmniej do niego wiedzie link ze strony promującej album. Przy okazji polecam obejrzenie zamieszczonych tam klipów będących mieszanką dwóch nowych teledysków i występów na żywo z Liverpoolu, Glasgow i Brixton. The Prodigy koncertują dosyć intensywnie od paru miesięcy (m.in. Australia), a najbliższe terminy mają rozpisane w Europie i USA. Niestety nie wiem kiedy zawitają u nas, choć zważywszy na zeszłoroczny Coke LMF oraz dwa wcześniejsze roki spodziewałbym się występu również w roku bieżącym.
Co do albumu... Zobaczyłem okładkę więc odruchowo wszedłem na stronę XL-Recordings, a tu klops. Ani wzmianki o The Prodigy. Okazuje się, że panowie założyli swoją własną autorską wytwórnię Take Me To The Hospital. Najwyraźniej mają już dosyć współpracy ze swoim dotychczasowym labelem, kto to wie, zresztą nie ważne.Zakupić można kilka wersji wydawniczych: zwykła pojedyncza CD (w atrakcyjnej cenie), CD+DVD, vinyl oraz boxset 5x 7'' vinyl - dla każdego coś dobrego.
Jak wygląda nowe brzmienie? Hmm, strasznie się reklamują, że niby powrót do korzeni rave itp, ale ciężko mi stwierdzić czy to najprawdziwsza prawda. Na klipie do tytułowego singla uporczywie powraca chyba najfajniejszy motyw graficzny zespołu - mrówka z czasów Fat of the Land. ale generalnie raczej trochę przekoloryzowano. Co prawda da się zauważyć pewne dźwiękowe podobieństwo do Experience, ale powiedziałbym, że jest to bardziej naturalne ogniwo ewolucyjne po Always Outnumbered Never Outgunned - pozycji, na którą czekaliśmy kapkę dłużej po bardzo udanym Fat of the Land - niż powrót do lat '90.
W porównaniu do AONO jest jednak lepiej. Album jest bardziej energetyzujący, szybszy i bardziej dynamiczny. Przy poprzednim miałem tendencję do zasypiania, a ten po prostu kopie. Bierne słuchanie nie jest prostą sprawą przy tak tanecznych kawałkach, zadaję sobie z tego sprawę, ale ten krążek jednak daje radę, również w trybie biernym. Dokładnie w tym momencie kiedy muzyka zaczyna już męczyć pojawia się uspokajający Stand Up - działający niczym herbatka z melisy utwór końcowy. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z idelną długością nagrania? Dobra robota panowie. Nie będę analizował poszególnych kawałków. Poniżej dwa najnowsze klipy do wglądu i do wsłuchu. Pierwszy wg. mnie mało udany, drugi całkiem dobry live-mix z niekoniecznie dobrym motywem strasznej dziewczynki. Nie jest źle pod względem wizualnym, ale tęsko tak troszkę za dobrymi klimatami Smack My Bitch Up, Breathe czy Poison...
Invaders Must Die
Omen
Reszta na tubowym ProdigyChannel

0 razy skomentowane:
Prześlij komentarz