Tool "Ænima"
Rok: 1996
Wydawnictwo: Volcano
Gatunek: rockowo
Hołd dla zmarłego, natchnienie dla żyjących
Znowu zaczynam patrzeć świeżym spojrzeniem na tę płytę. A może bardziej powinienem napisać "przysłuchiwać się świeżym uchem". Zwał jak zwał, niemniej ciekawe to uczucie ponownie odkryć kawał dobrze znanej muzyki. Jakby się poczuł Kolumb odkrywając po kilku latach Amerykę? Ponownie!? No właśnie.
Wrrrrróć! Bez sensu to pisanie.
Tym razem zabrałem się za teksty i pewnie skończy się tak, jak w przypadku Lateralusa - wejdą do czachy na zawsze. Co prawda wydrukowałem je sobie już dawno temu z wielkim planem analizy i przyswojenia umożliwiającego cytowanie i podśpiewywanie przynajmniej tych bardziej chwytliwych momentów. Na tym jednak się skończyło i podszedłem do tematu po swojemu - od strony muzyki.
Album, jak wiadomo, bądż nie wiadomo, jest hołdem dla zmarłego w 94r. Billa Hicksa - amerykańskiego komika, którego skeczu fragmenty wpleciono w ostatni na płycie "Third Eye" - chyba jednego z najbardziej mocarnych utworów kończących (muzyka milknie, a usta skandują "prying open my third eye!"). Przy okazji dowiedziałem się (niech żyje Wikipedia), że Radiohead też taki dedykacyjny album dla Billa wydali... ale nie mogę się do nich przekonać jakoś.
Zbaczanie z tematu to specjalność dzisiejszego wieczoru, na to wychodzi. No ale dawnom tu nie pisał niczego, więc zwalmy wszystko na tę okoliczność, hie hie. Jak widać nie trzyma się to reguły żadnej ni szablonu i możliwe, że jeśli toczyć się to będzie, pozostanie właśnie taka forma... Argh, do tematu!
Bywa, że ciężko mi opisywać coś, czego wolę nie opisywać. Lepiej tylko odczuwać i nakłaniać innych do tego samego. Album jest całkiem dynamiczny, a teksty niebanalne i pozostawiające szerokie pole do interpretacji - tym trudniejsze zadanie dla chcących zagłębić się w to zjawisko jakim jest Tool.
Skoro już wspomniałem Lateralusa, to tutaj również mamy kilka dźwiękowych wstawek między utworami właściwymi, które w równym stopniu wplątują się w całość. Szczególnie ciekawy jest "Message...", pozwalający przyswoić kilka wulgarnych słówek w obcych językach i taki jakby komiczny (subiektywne odczucie) "Die Eier..." A gitary na przeskoku cyrkowo-kuglarskiego "Intermission" i "Jimmy" są, lekko mówiąc, ciarkoprzyprawiające.
Grubo ponad godzinę muzyki w tak dobrym wydaniu zasługuje w pełni na te ciężko zarobione 60pln w sklepie muzycznym.
Maynard i spółka chyba nigdy mi się nie znudzą. Koncert. Czekam na koncert.
Znowu zaczynam patrzeć świeżym spojrzeniem na tę płytę. A może bardziej powinienem napisać "przysłuchiwać się świeżym uchem". Zwał jak zwał, niemniej ciekawe to uczucie ponownie odkryć kawał dobrze znanej muzyki. Jakby się poczuł Kolumb odkrywając po kilku latach Amerykę? Ponownie!? No właśnie.
Wrrrrróć! Bez sensu to pisanie.
Tym razem zabrałem się za teksty i pewnie skończy się tak, jak w przypadku Lateralusa - wejdą do czachy na zawsze. Co prawda wydrukowałem je sobie już dawno temu z wielkim planem analizy i przyswojenia umożliwiającego cytowanie i podśpiewywanie przynajmniej tych bardziej chwytliwych momentów. Na tym jednak się skończyło i podszedłem do tematu po swojemu - od strony muzyki.
Album, jak wiadomo, bądż nie wiadomo, jest hołdem dla zmarłego w 94r. Billa Hicksa - amerykańskiego komika, którego skeczu fragmenty wpleciono w ostatni na płycie "Third Eye" - chyba jednego z najbardziej mocarnych utworów kończących (muzyka milknie, a usta skandują "prying open my third eye!"). Przy okazji dowiedziałem się (niech żyje Wikipedia), że Radiohead też taki dedykacyjny album dla Billa wydali... ale nie mogę się do nich przekonać jakoś.
Zbaczanie z tematu to specjalność dzisiejszego wieczoru, na to wychodzi. No ale dawnom tu nie pisał niczego, więc zwalmy wszystko na tę okoliczność, hie hie. Jak widać nie trzyma się to reguły żadnej ni szablonu i możliwe, że jeśli toczyć się to będzie, pozostanie właśnie taka forma... Argh, do tematu!
Bywa, że ciężko mi opisywać coś, czego wolę nie opisywać. Lepiej tylko odczuwać i nakłaniać innych do tego samego. Album jest całkiem dynamiczny, a teksty niebanalne i pozostawiające szerokie pole do interpretacji - tym trudniejsze zadanie dla chcących zagłębić się w to zjawisko jakim jest Tool.
Skoro już wspomniałem Lateralusa, to tutaj również mamy kilka dźwiękowych wstawek między utworami właściwymi, które w równym stopniu wplątują się w całość. Szczególnie ciekawy jest "Message...", pozwalający przyswoić kilka wulgarnych słówek w obcych językach i taki jakby komiczny (subiektywne odczucie) "Die Eier..." A gitary na przeskoku cyrkowo-kuglarskiego "Intermission" i "Jimmy" są, lekko mówiąc, ciarkoprzyprawiające.
Grubo ponad godzinę muzyki w tak dobrym wydaniu zasługuje w pełni na te ciężko zarobione 60pln w sklepie muzycznym.
Maynard i spółka chyba nigdy mi się nie znudzą. Koncert. Czekam na koncert.
0 razy skomentowane:
Prześlij komentarz